Blog > Komentarze do wpisu
El Mago

W sumie trochę niezręcznie wyszło, że cykl nazywa się "Sportowcy znani i mniej znani", a dotychczas prezentowałem w nim tylko i wyłącznie piłkarzy. Czas to wreszcie zmienić. Dlatego dziś o moim ulubionym tenisiście, a mianowicie o Guillermo Corii.

Argentyńczyka uwielbiałem oglądać głównie ze względu na jego inklinację do widowiskowej, a przede wszystkim ryzykownej gry. "El Mago" nie kalkulował - próbował niejednokrotnie zagrań, które wielu tenisistom nawet przez myśl nie przeszły. Rzecz jasna, najlepsze wyniki osiągał na nawierzchni ceglanej, tocząc mordercze boje w palącym słońcu, jeszcze przed okresem dominacji Rafaela Nadala.

2004 rok. W drodze do finału French Open, Coria z dziecinną łatwością odprawia z kwitkiem kolejnych rywali. Wygrana w turnieju Wielkiego Szlema jest na wyciągnięcie ręki. Już rok wcześniej było blisko, ale w półfinale na drodze stanął "meteor" w postaci Holendra Verkerka. Tym razem, w meczu o triumf na kortach Rolanda Garrosa, "El Mago" spotkał po drugiej stronie siatki swego rodaka, Gastona Gaudio. 

Pamiętam to spotkanie, jakby odbyło się wczoraj. W pierwszych dwóch setach Coria po prostu zmiażdżył Gaudio (6:0, 6:3). Aż się zastanawiałem, jak tak słaby tenisista mógł dostać się do finału. Mało kto się spodziewał, że trzeci set nie będzie ostatnim. Jednak zbyt pewny zwycięstwa Coria, dał sobie wydrzeć tą partię (4:6). A może już wtedy zaczęły mu dokuczać skurcze (wówczas myślałem, że Coria nabawił się jakiejś kontuzji), których objawy stały się aż nadto widoczne od czwartego seta ? Mój faworyt po prostu nie był w stanie biegać po korcie. Każdy uznałby Gaudio za kompletnego fajtłapę, gdyby nie skorzystał z niedyspozycji przeciwnika.

Skorzystał. Ale ledwo co. Po przegraniu gładko czwartego seta (1:6), w piątym nieustępliwy Coria co rusz przełamywał serwis Gaudio i vice versa. Nie dość, że takie wzajemne wygrywanie break pointów wyglądało komicznie, to jeszcze utwierdziło mnie w przekonaniu, iż Gaudio na triumf we French Open po prostu nie zasłużył. Co ciekawe, Coria miał nawet dwie piłki meczowe. Niestety, ryzyko, które wtedy bez żadnego strachu podjął, nie przyniosło oczekiwanego skutku.

Po porażce w niesamowitym finale z Gaudio, trapiony kontuzjami Coria często-gęsto przegrywał w pierwszych rundach, spadając coraz niżej w rankingu ATP. Aż w końcu w kwietniu 2009 roku, zdecydował się zakończyć karierę. Ale czy na pewno? Zachęcony przykładem Mustersa, magiczny Argentyńczyk zastanawia się nad powrotem na kort. Nie miałbym nic przeciwko.

Ciekawostka. Carla, żona Guillermo Corii, posiada polskie korzenie (jej panieńskie nazwisko brzmi Frankowicz). Poza tym (a raczej przede wszystkim), jest bardzo piękną kobietą.

PS. Zapraszam na profil mojego bloga na Facebooku: http://www.facebook.com/pages/Tylko-I-Wylacznie-O-Sporcie-milgordbloxpl/179740745373311

PS2. Od dzisiaj jestem także na Twitterze: http://twitter.com/milgord
niedziela, 26 grudnia 2010, milgord

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Mój obrazek=P
Blogi Sportowe Najlepsze Blogi page rank