Wpisy z tagiem: śląsk wrocław

piątek, 29 lipca 2011
Niewykolejona lokomotywa
Gdy oglądałem wczoraj piłkarzy Śląska, marnujących stuprocentowe sytuacje jedna za drugą, to od razu przypomniał mi się mecz klasy okręgowej sprzed kilku lat, z udziałem zespołu z mojego rodzinnego miasta...

Wszystko wyglądało niemal tak samo jak wczoraj na Oporowskiej: słaby, z trudem odpierający ataki rywal, niespotykana indolencja strzelecka zawodników gospodarzy, rosnąca z każdą kolejną minutą irytacja kibiców. Prawie jak Śląsk z Lokomotiwem. No właśnie, prawie... Tuż przed końcem - jakby to powiedział Marek Jóźwiak -"chłopcy ze wsi" dali zadość zasadzie: "Nie wykorzystane sytuacje się mszczą". Strzał z ponad 30 metrów wpadł w okienko bramki ekipy, która powinna niczym podopieczni Oresta Lenczyka wygrać w sposób niekwestionowany. Na szczęście, Śląsk tak dotkliwej kary wczoraj nie doznał, chociaż za pudła Diaza, Ćwielonga czy Mili najzwyczajniej w świecie na nią zasłużył.

Przed rewanżem w Sofii wcale nie jestem tak wielkim optymistą jak niektórzy eksperci. Fakt, wczorajszy mecz właściwie potwierdził, że bułgarski futbol klubowy bardziej "leży i kwiczy" niż polski, ale dla wrocławian problemy ze skutecznością to nie pierwszyzna. W poprzednim sezonie można znaleźć bez problemu spotkania ligowe, w których byli na bakier ze skutecznością. Prym w tym niechlubnym procederze wiedzie Piotr Ćwielong, o którym trener Lenczyk bardzo słusznie powiedział: "Właśnie dlatego, że ma problem z wykorzystywaniem takich sytuacji, opuścił Wisłę" (cyt. za "Przeglądem Sportowym").

Trochę głupio byłoby odpaść po tak dobrym losowaniu, z zespołem zdecydowanie słabszym od Dundee United. Szkoda, że po wczorajszym losowaniu musimy na serio brać taką ewentualność pod uwagę....   
sobota, 09 kwietnia 2011
Druga młodość Dariusza Sztylki
Ryszard Tarasiewicz go skreślił, Orest Lenczyk na niego konsekwentnie stawia. Z bardzo dobrym skutkiem. Dariusz Sztylka jest obecnie jednym z filarów świetnie spisującego się w rozgrywkach Ekstraklasy Śląska Wrocław.

Blisko 33-letni defensywny pomocnik od 10 lat broni barw zespołu z ulicy Oporowskiej. W tym okresie miał okazję poznać blaski i cienie futbolowego życia: debiut w Śląsku, spadek do drugiej ligi, potem do trzeciej, długotrwałe problemy finansowe klubu, a w końcu wyczekiwany powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Pomimo wielu przeciwności, a zwłaszcza problemów z kontuzjami, Sztylka nie opuścił rodzinnego Wrocławia, godnie reprezentując ukochany WKS z opaską kapitana. Wydawało się jednak, że w obecnym sezonie jego rola w drużynie będzie poważnie zredukowana, a niektórzy wręcz wieszczyli mu rychłe zakończenie kariery...

W lipcu ubiegłego roku trener Ryszard Tarasiewicz postanowił mianować nowym kapitanem Sebastiana Milę. Argumentował, że nie widzi już dla sprawującego ten zaszczyt od 8 lat Dariusza Sztylki miejsca w podstawowym składzie. I rzeczywiście, aż do momentu rezygnacji przez zarząd Śląska z usług Tarasiewicza (czyli przez pierwsze 6 kolejek), doświadczony zawodnik nie wybiegł na boisko ani razu. Sytuacja zmieniła się diametralnie po przyjściu Oresta Lenczyka, który dał szansę gry popularnemu "Sztyli" od początku spotkania z Wisłą w Krakowie. Destrukcyjnie usposobieni wrocławianie wywieźli z trudnego wyjazdu cenny punkt, a bohater tego artykułu do dnia dzisiejszego nie oddał miejsca w pierwszej jedenastce.

Nie oddał, bo spisuje się naprawdę znakomicie, szczególnie w rundzie wiosennej. Razem z Przemysławem Kaźmierczakiem tworzy zgrany duet w środku pola, więcej niż przyzwoicie wywiązując się z zadania odbioru piłki i uprzykrzania życia ofensywnie usposobionym piłkarzom rywali. Wysoka forma Sztylki była doskonale widoczna chociażby w ubiegłotygodniowym meczu Śląska z Lechem Poznań. Gracze "Kolejorza" byli często bezradni, gdy gracz w zielonej koszulce z "19" na plecach atakował ich zdecydowanym pressingiem, wypychając z dala od pola karnego. Jeśli dodamy do tego pożyteczne zagrania pana Darka w ataku (gol w meczu z Lechem, asysta w meczu z Legią), to forowany przez trenera Tarasiewicza Antoni Łukasiewicz może na dobre zapomnieć o regularnych występach.


Czy w przypadku Dariusza Sztylki znalazła potwierdzenie zasada typowa dla dobrych gatunkowo win: im starszy, tym lepszy? Raczej tak, aczkolwiek nie wiadomo jaka przyszłość czeka byłego kapitana Śląska. Władze klubu wciąż nie przedłużyły z nim wygasającej w czerwcu umowy, co przy jego znacznym wkładzie w grę wrocławskiej ekipy jest całkowicie niezrozumiałe.



Dariusz Sztylka od 10 lat broni barw zespołu z ulicy Oporowskiej


PS. Zapraszam na profil mojego bloga na Facebooku: http://www.facebook.com/pages/Tylko-I-Wylacznie-O-Sporcie-milgordbloxpl/179740745373311

PS2. Zapraszam do TYPOWANIA WYNIKÓW


wtorek, 16 października 2007
Czy dobrze pracujemy? Nieee!

Waldemar Siemiński, właściciel koszykarskiego Śląska Wrocław, kompromituje się na całej linii tak szybko, jak to tylko możliwe. Najpierw zażądał 300 zł od dziennikarzy za akredytacje. A podczas sobotniej inauguracji sezonu urządził żenujące show, które - mam nadzieję - nauczy go, że nie należy mieszać kibiców w wojnę klubu z mediami.

Tuż przed rozpoczęciem spotkania Śląska z Polpakiem Świecie Siemiński stanął pod koszem z mikrofonem i rozpoczął swoją przemowę, kreując się na męża opatrznościowego Śląska:

"Szanowni Państwo! Kiedy ponad rok temu przejmowałem Śląsk, przypomnę, że Śląsk był na ósmym miejscu w tabeli, z marną szansą awansu do play-offu. Dzisiaj rozpoczynamy sezon 2007/2008 z medalowego miejsca!"

Naturalnie, nie zamierzam kwestionować zasług, jakie poczynił prezes ASCO w celu uratowania Śląska. Należy jednak pamiętać, że ubiegłoroczny sukces, za jaki bez wątpienia można uznać trzecie miejsce w PLK, stał się przede wszystkim udziałem Andreja Urlepa. Oczywiście, to działania Siemińskiego doprowadziły do angażu Słoweńca, ale z sobotnich słów można wysnuć mylny wniosek, że to on sam zasiał zboże i zebrał plon. Gdzie były podziękowania dla trenera Urlepa, który z zespołu bez wielkich gwiazd zdołał zbudować jedną z głównych sił ligi?

Po chwili Siemiński próbował uzyskać wotum zaufania, pytając:

"Czy dobrze pracujemy?"

Zdecydowana większość kibiców odpowiedziała mu gromkim "nie". Właściciel Śląska zadał to pytanie jeszcze dwukrotnie, na co fani odpowiadali jeszcze bardziej przecząco. W dodatku zdemaskował się, gdy wypalił:

"To może po raz ostatni, żeby usłyszała również "Gazeta Wyborcza": Czy dobrze pracujemy?"

Dla zdezorientowanych sens zapytania stał się już jasny: chodziło po prostu o przyciągnięcie kibiców na swoją stronę w sporze z mediami. Ale Siemiński grubo się przeliczył. Kibice niczym święty Piotr trzykrotnie się go zaparli. I w przeciwieństwie do apostoła postąpili bardzo słusznie.

Śląsk przegrał z Polpakiem. Nie ukrywam, że po raz pierwszy w życiu cieszyłem się z porażki klubu z Wrocławia...


wtorek, 02 października 2007
Dwa celne podania.

W meczu kończącym 13. kolejkę piłkarskiej II ligi, Śląsk Wrocław pokonał Polonię Warszawa 2:0. Spotkanie awizowane jako hit kolejki było zdecydowanie rozczarowujące pod względem poziomu gry. Gracze obydwu drużyn niejednokrotnie nie potrafili wymienić choćby dwóch celnych podań!

W pierwszej części gry kibice doczekali się jednej bramki. Na szarżę lewym skrzydłem i dośrodkowanie zdecydował się Krzysztof Ostrowski. Futbolówka trafiła do nieobstawionego Wojciecha Górskiego, który płaskim strzałem nie dał żadnych szans Radosławowi Majdanowi. Tym samym 35-letni pomocnik Śląska zrehabilitował się za niewykorzystany rzut karny w meczu Pucharu Polski z Wisłą Kraków.

Druga połowa przebiegała już wyraźnie pod dyktando wrocławian, którzy nastawili się na grę z kontry. Już 6 minut po przerwie powinno być 2:0, ale Benjamin Imeh przegrał pojedynek sam na sam z Majdanem, a dobitka Patryka Klofika do pustej bramki okazała się nieskuteczna - piłka poszybowała kilkanaście centymetrów nad poprzeczką. Ale co się odwlecze...

W 71 minucie doszło do ogromnego zamieszania w polu karnym. W końcu piłka trafiła na szesnasty metr do kapitana Śląska Dariusza Sztylki. Jego świetny strzał trafił w poprzeczkę. Do bezpańskiej futbolówki dopadł Klofik i umieścił ją tuż przy lewym słupku bramki "Czarnych Koszul". Po tym trafieniu podopieczni Waldemara Fornalika nie byli już w stanie odwrócić losów meczu, będąc w ostatecznym rozrachunku zespołem zdecydowanie słabszym. Wystarczy tylko wspomnieć, że goście oddali zaledwie jeden groźny strzał, lecz Radosław Janukiewcz zdołał przenieść piłkę nad poprzeczkę.

Nie po raz pierwszy i nie ostatni sędziowie będą bezzasadnie karać zawodników za próbę wymuszenia rzutu karnego. Przecież piłkarz może się przewrócić po przepychance z przeciwnikiem, lub po jego czystym wślizgu. Tymczasem niektórzy arbitrzy rozumują tak: "Jak nie ma jedenastki, a się przewrócisz, to ci wlepię żółtą kartkę.". Nie inaczej było wczoraj, kiedy to Grzegorz Stęchły zupełnie niesłusznie upomniał Benjamina Imeha ze Śląska oraz Macieja Tataja z Polonii.

Abstrahując od sędziowskich pomyłek, sytuacja na zapleczu Orange Ekstraklasy robi się niezwykle zagmatwana i zarazem interesująca. Różnica między pierwszym a szóstym zespołem to zaledwie sześć punktów. Dość niespodziewanie poczyna sobie Znicz Pruszków, który w ubiegły weekend pokonał Odrę Opole 2:0 i ma już na koncie 26 punktów. Liderem jest zaś gliwicki Piast, który jako pierwszy klub w tym sezonie pokonał beniaminka z Turka na jego stadionie. Czyżbyśmy doczekali się kolejnej drużyny z Górnego Śląska w I lidze?

Bardziej klarowna jest sytuacja na dole tabeli. Czternasty w tabeli Motor Lublin ma dość bezpieczną, siedmiopunktową przewagę nad najwyżej usytuowaną w strefie spadkowej Stalą Stalowa Wola. Widmo degradacji zagląda także w oczy Warty Poznań, Kmity Zabierzów i Pelikana Łowicz.

piątek, 08 czerwca 2007
Cała Polska w cieniu Śląska !

Ach, to były czasy! Koszykarski Śląsk Wrocław w latach 1998-2002 rządził i dzielił w polskiej lidze, zdobywając pięć razy pod rząd tytuł najlepszej drużyny w kraju. Rywalom musiały opadać szczęki po takich rzutach jak ten przez całe boisko Jacka Krzykały:

 

 

Nawet gdy po latach tłustych przyszły chude, gracze Śląska nie zapomnieli trafiać z nieprawdopodobnych pozycji:

 

 

Jednym z głównych architektów sukcesów wrocławian był rozgrywający Raimonds Miglinieks. Łotysz nie miał zbyt dobrego rzutu, nie biegał za szybko, ale jego kapitalne asysty do Joe McNaulla od razu pokochała publiczność w Hali Ludowej. Po tych podaniach zdezorientowani rywale nigdy nie wiedzieli przez moment, gdzie jest piłka, choć ta zawsze trafiała do popularnego "Józka". No, może nie zawsze:

Potem przyszła era równie genialnego jak Miglinieks Lynna Greera. Niestety, okres, w którym prym wiódł Amerykanin, pokrywa się z początkiem końca wielkiego Ślaska. Wrocławianie nie odzyskali utraconego w sezonie 2002/03 tytułu, przegrywając w finale AD 2004 z Prokomem Treflem Sopot. Od tego czasu na drużynę z Trójmiasta nie ma w naszej lidze mocnych.

 

 

 

 

 

 

 

 
1 , 2
Mój obrazek=P
Blogi Sportowe Najlepsze Blogi page rank