Wpisy z tagiem: Prokom Trefl Sopot

poniedziałek, 26 maja 2008
Na widelcu
Koszykarze Turowa Zgorzelec byli w ten weekend o krok od wygrania przynajmniej jednego meczu w Sopocie i znacznego przybliżenia się do pierwszego w historii mistrzostwa Polski. Podopiecznym Saso Filipovskiego zabrakło jednak tego, co cechuje klasowe drużyny: mentalności zwycięzców.



W sobotę Turów przegrywał z Prokomem dość znacznie przez większą część meczu (nawet 18 punktami), a mimo to zdołał dogonić gospodarzy, głównie dzięki fantastycznej grze dwójki rezerwowych: Marko Scekica i Hardinga Nany. Szczególnie szokująca dla wszystkich była fantastyczna postawa Kameruńczyka. Wprawdzie w ubiegłym sezonie stanowił on o sile Polpaku Świecie, lecz w tegorocznych rozgrywkach grał mało lub wcale, bo Filipovski stawiał pod koszem na zaciąg z Bałkanów (Drobnjak, Ljubotina, Scekic). Tym razem dał Nanie pograć dłużej, co zaowocowało 15 punktami, aczkolwiek w ostatecznym rozrachunku nie przyniosły one zwycięstwa ekipie ze Zgorzelca.

Nana mógł rozstrzygnąć losy meczu, gdyby przy stanie 77:76 David Logan dostrzegł, jak wychodził on na czystą pozycję. Najskuteczniejszy gracz Turowa oddał jednak piłkę na obwód do Iwo Kitzingera, który również nie był pilnowany przez żadnego z zawodników Prokomu. Zwycięzca konkursu "trójek" z 2007 roku nie wytrzymał presji i spudłował, grzebiąc - jak się po chwili okazało - szanse zgorzelczan na trzecie zwycięstwo w finale.

Równie newralgiczne dla przebiegu rywalizacji było spotkanie nr 4. Tym razem to Turów kontrolował przebieg meczu przez ponad 30 minut, a Prokom usiłował zniwelować stratę sięgającą momentami nawet 15 punktów. Pogoń okazała się skuteczna, głownie dzięki świetnej dyspozycji rzutowej Litwinów: Slaniny i Serapinasa. Koszykarze z Trójmiasta wygrali pomimo dyskwalifikacji Milana Gurovica, który w chamski sposób zaatakował na początku drugiej kwarty Thomasa Kelatiego. Wygrali, bo Turów w czwartej kwarcie zapomniał, że Prokom to nie tylko Gurovic.

Jestem wręcz przekonany, że gdyby Turów wygrał choć raz w Sopocie, to już w środę ustaliłby wynik finału na 4:1. Ba, gdyby gracze Filipovskiego wygrali po heroicznej pogoni mecz sobotni, to zapewne rywalizacja nawet nie wróciłaby do Zgorzelca. Nikt chyba nie miał graczy trenera Pacesasa aż dwa razy pod rząd na widelcu. Tymczasem teraz to Prokom na powrót staje się faworytem, bowiem pokazał, że można wygrać mecz bez swojego najlepszego zawodnika (Gurovic nie zagra też w meczu nr 5). Poza tym Turów stracił handicap w postaci rezerwowych - w kolejnych meczach Nana i Scekic raczej nie mają co liczyć na tyle swobody, co w ubiegłą sobotę. Niemniej jednak wynik tego pasjonującego finału jest wciąż sprawą otwartą. Mój typ? Atut własnej hali zostanie wykorzystany przez obydwie drużyny do cna, zatem... 4:3 dla Turowa.

A na koniec najbrutalniejsze dotychczas starcie zgorzelecko-sopockie:



wtorek, 19 lutego 2008
Po co Prokomowi Tim Kisner?
Amerykanin Tim Kisner został nowym rozgrywającym mistrza Polski Prokomu Trefla Sopot. Będzie to jego druga próba podboju Dominet Bank Ekstraligi. Pierwsza, nie była zbyt udana - Andrej Urlep, ówczesny trener Śląska Wrocław, zrezygnował z jego usług po 18 kolejkach ubiegłego sezon. Uznał, że Kisner jest za słaby jak na polskie warunki. W związku z tym od razu nasuwa się pytanie o zasadność zaskakującego posunięcia sopocian.

Po chwili zastanowienia i przypomnieniu sobie dokonań Kisnera we Wrocławiu, można pokusić się o konkluzję, iż pomysł z zatrudnieniem Kisnera nie jest wcale aż taki idiotyczny. Fakt, Amerykanin wybitnym strzelcem nie jest (choć statystyki z ligi fińskiej zdają się temu przeczyć), do penetracji podkoszowych się raczej nie kwapi, ale jak mało który rozgrywający zza oceanu potrafi zorganizować grę. I oto właśnie chodzi trenerowi Tomasowi Pacesasowi, który musiał oglądać w Kwidzynie jak jego podopieczni tracili piłkę aż 20 razy! Nie oczekuje on zapewne od Kisnera po 20 punktów na mecz, chce po prostu uporządkowania i uspokojenia w ofensywie oraz dużej liczby asyst. W minioną sobotę nowy koszykarz Prokomu zadebiutował w meczu z AZS-em Koszalin i wywiązał się jednie z powyższych zadań. Siedem asyst to niezły wynik, ale zero oddanych rzutów z gry oraz pięć fauli w 16 minut już poważania nie przynosi.

Z pewnością Pacesas wierzy w rychły powrót do składu Mustafy Shakura i Igora Milicica, bo sopocianom są potrzebni bardziej kompletni rozgrywający niż Kisner. Tym bardziej ta teza wydaje się prawdziwa, że sprowadzenie Amerykanina przypomina trochę chwytanie się brzytwy przez tonącego - nie udało się pozyskać Brandona Hughesa, to weźmy kogokolwiek, byle pomógł trochę ogarnąć ten bałagan w grze.

Ale czy w związku z tym ideał nie sięgnął bruku? Najpierw Prokom sięga po graczy z najwyższej europejskiej półki pokroju van der Spiegela czy Gurovica, a teraz decyduje się zatrudnić zawodnika, który w Europie brylował w przeciętnej lidze fińskiej. Kisner ma zatem sporo do udowodnienia. Zwłaszcza trenerowi Urlepowi, który nie zawahał się pozbyć Kisnera przy pierwszej nadarzającej się okazji.



Tim Kisner jest absolwentem uniwersytetu Central Michigan, gdzie występował w latach 1997-2001. Był pierwszym graczem uczelni, który osiągnął 1000 punktów oraz 400 asyst.
sobota, 23 grudnia 2006
Gdyby nie ten Slanina...

Hitowe spotkanie 12 kolejki Dominet Bank Ekstraligi nie rozczarowało. Śląsk Wrocław i Prokom Trefl Sopot stworzyły niezapomniane widowisko, dorastające poziomem do pojedynków w Eurolidze.

Wynik ważący się do ostatniej akcji, efektowne akcje, niesamowita skuteczność w rzutach za trzy gracza Prokomu Donatasa Slaniny - aż żal ściska, że nie oglądało się tego meczu na żywo we wrocławskiej Orbicie... Jednak dla tych, którzy podobnie jak ja oglądali to spotkanie w Polsacie Sport, pozostawał świetny komentarz Adama Romańskiego i Mirosława Noculaka. Zwłaszcza ten drugi wzbogacał swoje wypowiedzi zabawnymi konkluzjami, a szczególnie oryginalne było nadanie Slaninie przydomka "ogniomistrz". Niestety, jako kibic Śląska muszę się z tym określeniem bezwzględnie zgodzić...

Wrocławianie pod wodzą Andrieja Urlepa rozegrali kolejny niezły mecz. Nie zawiódł praktycznie nikt, może poza Hyżym i Dmitrovskim (którego jednak trzeba rozgrzeszyć z powodu bolesnej kontuzji dłoni). Z kolei w zespole Prokomu wielu zawodników (zwłaszcza gracze podkoszowi) zagrało znacznie poniżej swoich możliwości. Słabszą formę kolegów w pełni zrekompensował wspominany już wcześniej Donatas Slanina. Litwin trafiał raz za razem zza linii 6,25 m (10 "trójek"!), w tym aż dwukrotnie zaliczył akcje 3+1. Sopocianie w drugiej połowie poprawili defensywę, ale bez fenomenalnie dysponowanego Slaniny zapewne nie odrobiliby strat z pierwszej części gry (do przerwy było 44:36 dla Śląska - przyp. Milgord), i tym samym nie wygraliby jakże istotnego dla układu sił w czołówce ligi meczu.

Bardzo musi boleć porażka, gdy udało się dogonić przeciwnika i objąć prowadzenie. Po rzucie za trzy znów świetnego Deana Olivera (jak widać, nieprzypadkowo grał w NBA), Śląsk objął na kilkanaście sekund przed końcem meczu jednopunktowe prowadzenie (80:79). Prokom w odpowiedzi oddał rozpaczliwy i niecelny zarazem rzut Rashida Atkinsa, ale zdołał po nim zebrać piłkę. Pozostało raptem 6 sekund. Eugeniusz Kijewski wziął czas, a po chwili goście rozegrali decydującą akcję meczu. Zwycięskie punkty zdobył nie Donatas Slanina, lecz nieudolnie grający w końcówce Atkins. Wrocławianie mieli wprawdzie 2,2 sekundy na rozegranie ostatniej akcji, ale rzut Olivera z około 10 metrów był raczej skazany na niepowodzenie. Ogromne emocje opadły dużo szybciej niż mgła na lotnisku Heathrow...

I na koniec słowo o zespole Prokomu. Mam do tej drużyny duże uprzedzenie, traktuje ją bowiem jak piłkarski Real Madryt. Niby mają niespotykany dotychczas w polskiej lidze budżet, ale swoją postawą i stylem gry nie rzucają na kolana (tak jak "Królewscy"). Co niektórym zagranicznym zawodnikom momentami nie chce się zwyczajnie grać w Dominet Bank Ekstralidze (Besok, Andersen), a wszystkiego na karb zmęczenia zganiać nie można, tak jak to robi raz za razem trener sopocian Eugeniusz Kijewski (a na co on już nie narzekał?). O niektórych wygranych decydują tylko i wyłącznie indywidualne umiejętności zawodników (vide: wczorajszy mecz), co nie świadczy zbyt dobrze o kunszcie trenerskim coacha Prokomu (mimo jego wcześniejszych sukcesów).

Dużo lepiej sprawa wygląda w Eurolidze - tam gwiazdy ekipy z Sopotu walczą tak jak Śląsk wczoraj, ale w naszej ekstraklasie okazywanie lekceważenia wobec rywali jest stosowaną aż nadto zagrywką Prokomu. Na szczęście, już aż trzy zespoły skrzętnie wykorzystały bierną postawę drużyny z Trójmiasta (Turów, Polonia i Kotwica), co znacznie ożywiło rozgrywki koszykarskie w Polsce. Gdy Śląsk grał w Eurolidze, także w meczach ligowych grał z pełnym zaangażowaniem, nie odwalając tzw. "popeliny". Kto kazał ekipie Kijewskego walczyć na dwóch frontach: polskim i europejskim? W końcu, widziały gały co brały...

Bergson Śląsk Wrocław - Prokom Sopot 80:81 (23:20, 21:16, 16:30, 20:15)

Śląsk:
Kisner 8, Fon 3 (1), Jancikin 2, Tomczyk 16 (3), Elliott 6 oraz Hyży 12, Stefański 6, Jestratijević 2, Stević 7, Oliver 18 (2), Dmitrovski 0.

Prokom:
Hamilton 6, Dalmau 9, Slanina 35 (10), Wójcik 4, Besok 5 oraz Atkins 11, Masiulis 4, Dylewicz 3, Nordgaard 2, Andersen 2.

 

Mój obrazek=P
Blogi Sportowe Najlepsze Blogi page rank