Wpisy z tagiem: wisła kraków

środa, 17 sierpnia 2011
Jeśli nie teraz, to kiedy?

Czy polski futbol w końcu doczeka się upragnionego awansu do fazy grupowej Ligi Mistrzów? Oby. To czekanie jest coraz bardziej frustrujące, nawet dla tych kibiców, którzy wymazali z pamięci wcześniejsze nieudane podejścia.

Przed dzisiejszym meczem i przyszłotygodniowym rewanżem mam nadzieję, że ewentualne niepowodzenie Wisły będzie mnie bolesne, niż pamiętny dwumecz z Panathinaikosem Ateny. Nie ma chyba nic bardziej przygnębiającego niż przegrana, gdy jest się już w ogródku, już wita się z gąską… Niech więc Wisła Maaskanta nie powieli błędów Wisły Engela, chociaż w starciu z Apoelem liczę na podobną dramaturgię do tej sprzed sześciu laty.

Malkontenci powiedzą, że awans Wiśle zrobią „najemnicy”. W sumie ani mnie to ziębi, ani grzeje, gdyż bardzo chciałbym, żebyśmy przestali choć na rok kojarzyć się z „piłkarską pustynią” w europejskich pucharach. Tak na poważnie, nie umniejszając ubiegłorocznego sukcesu Lecha.  Najważniejsze, że wspomniani „najemnicy” mają zbieżny interes z szefostwem „Białej Gwiazdy”: pragną awansu do Ligi Mistrzów, bo dla nich to doskonała okazja do wypromowania się.

poniedziałek, 11 lipca 2011
Skonto vs. Wisła - retrospekcja
Piętnaście lat czekamy na polski zespół w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Już w najbliższą środę Wisła Kraków będzie próbowała zrobić pierwszy krok, aby przerwać tą kompromitującą nasz (s)kopany futbol niemoc. Rywalem będzie łotewskie Skonto Ryga, z którym "Biała Gwiazda" spotkała się w eliminacjach tych rozgrywek niemal równo 10 lat temu...

25 lipca 2001 roku, Wisła pojechała do Rygi na mecz II rundy eliminacji jako zdecydowany faworyt. Zespół prowadził dzisiejszy selekcjoner kadry Franciszek Smuda, posyłając do boju następującą jedenastkę: Sarnat - M. Zając, B. Zając, Moskal, Głowacki - Pater, Szymkowiak, Czerwiec, Kosowski - Frankowski, Żurawski. Patrząc na wymienione nazwiska, każdy inny wynik niż zwycięstwo krakowian byłby uznany za megasensację. Chociaż... może trochę przesadzam. Łotysze mieli w składzie kilku wartościowych zawodników, którzy zagrali lub przynajmniej znaleźli się w kadrze na finały Euro 2004 (m.in. bramkarz Andrejs Piedels, obrońcy Olegs Blagonadezdins i Mihails Zemļinskis, a także bramkostrzelny napastnik Maris Verpakovskis). Jako ciekawostkę warto dodać, że w środowym meczu najprawdopodobniej wystąpi Vladimirs Kolesniczenko, który reprezentował barwy Skonto również w pojedynku sprzed 10 lat.

Samo spotkanie pamiętam dosyć słabo, co utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że Wisła mimo wygranej 2:1 zagrała wysoce przeciętnie (a dobre mecze w wykonaniu polskich drużyn w europejskich pucharach zwykle zapadają mi głęboko w pamięć, bo jest ich tak niewiele...). Pamiętam jedynie sielską atmosferę na trybunach stadionu, które często pokazywał realizator transmisji, i łotewskich kibiców, krzyczących: "Skonto!" tak, jakby byli nieźle wstawieni. Dla statystycznego przypomnienia, bramki dla "Białej Gwiazdy" zdobyli: Arkadiusz Głowacki w 48. minucie oraz Maciej Żurawski w 80. minucie (z karnego). Dla gospodarzy trafił w 78. minucie Gruzin Lewan Korgalidze.



W rewanżu rozegranym 1 sierpnia 2001 roku, Wisła wygrała 1:0 po golu Żurawskiego, aczkolwiek zdaniem obserwatorów lepsze wrażenie sprawiali goście. Może wiślacy byli już myślami przy dwumeczu III rundy ze słynną Barceloną? W przeciwieństwie do potyczek ze Skonto, w tym wypadku moja pamięć nie szwankuje. Kanonada, jaką urządziły sobie ofensywnie nastawione "asy Smudy" wraz z "Dumą Katalonii" (wynik 3:4 dla Barcelony), śmieszy mnie z jednego powodu: kolejnego braku konsekwencji i odwagi u naszego selekcjonera. Skoro zdecydował się walczyć z otwartą przyłbicą w Krakowie, to dlaczego w rewanżu postawił na aż tak ultradefensywną taktykę? Ponoć gdy w spotkaniu na Camp Nou Kazimierz Moskal zapędził się pod pole karne gospodarzy i oddał groźnie strzał, to "Franz" solidnie go zrugał i kazał wracać do obrony, zamiast pochwalić za śmiały wypad. Skończyło się na 1:0, głównie dzięki świetnej postawie bramkarza Artura Sarnata. Nie powinno to niestety dziwić, skoro rzuca się przed meczem ręcznik i uprawia "obronę Częstochowy" z zespołem, który był z 5 razy słabszy od obecnej "Barcy"...










czwartek, 24 lipca 2008
Jak polskie zespoły próbowały zawojować Ligę Mistrzów :(

Wiem, leżącego nie powinno się kopać. Jednak ja jakoś nie mogę powstrzymać się od pochylenia się nad próbami awansu do Ligi Mistrzów polskich klubów. Wysiłki te trwają już od jedenastu pełnych sezonów i jakoś trudno sobie wyobrazić, że ten dwunasty raz okaże się akurat pomyślny...

W latach 1997-2007 polskie zespoły piłkarskie odpadały z europejskich w przeróżnym stylu. Generalnie mówiło się raczej o kompromitacji, bo trudno inaczej określić porażki z Valarengą czy Dynamo Mińsk. Czasem zdarzyło się niepowodzenie z serii "Jaka piękna katastrofa" [mecz Panathinaikos-Wisła (sic!)], aczkolwiek rzadziej zdarzało się nam płakać z żalu, niż ze złości i irytacji.

W dzisiejszej notce wspominkowej przestawię swoje wrażenia z batalii polskich klubów o fazę grupową najważniejszych rozgrywek klubowych w Europie. Retrospekcja ta nie będzie się aż 11 lat wstecz i będzie dotyczyła jedynie III rundy eliminacyjnej (za wyjątkiem ubiegłego sezonu). Zacznę zatem od sezonu 2001/2002 w którym to Wisła Kraków stanęła w szranki ze słynną Barceloną.

SEZON 2001/2002: Wisła Kraków - FC Barcelona (3:4 i 0:1)

"Biała Gwiazda" nie zdołała sprawić megasensacji, choć Barcelona sprzed 7 lat nie dorastała do pięt tej dzisiejszej, szczególnie w linii defensywnej. Wiślacy skrzętnie to wykorzystali, strzelając na Reymonta aż trzy bramki. Niestety, hiperofensywna taktyka trenera Smudy spowodowała, że Wisła naraziła się na prostopadłe podania i tym samym stratę goli. Wprawdzie do przerwy Barca dała się wyszumieć krakowianom i przegrywała 3:2 , ale w drugiej połowie bezwzględnie wypunktowała naszą drużynę i wygrała 3:4 (trzy gole Rivaldo) , co de facto przesądziło sprawę awansu. W rewanżu trener Smuda polecił piłkarzom - chyba tak dla kontrastu - "obronę Częstochowy". Ponoć gdy Kazimierz Moskal zdecydował się na strzał z 16 metrów, to :Franz" aż się na niego wydarł, żeby zajął się lepiej destrukcją. Fakt, obawa przed kompromitacją to solidny argument, ale czy nie lepiej byłoby przegrać dla przykładu 4:1, bez prezentacji antyfutbolu i kreacji bramkarza Sarnata na człowieka, który zatrzymał Barcelonę?


SEZON 2002/2003: FC Barcelona - Legia Warszawa (3:0 i 1:0)

I znów pech w losowaniu, znów trafiamy na "Dumę Katalonii". W pierwszym meczu na Camp Nou wynik był z pewnością gorszy niż gra Legii. Barca grała słabo: po golu Franka de Boera na początku spotkania gospodarze wyraźnie spuścili z tonu, co na piętnaście minut przed końcem podopieczni Dragomira Okuki mogli wykorzystać. Niestety Radosław Wróblewski nie wykorzystał sytuacji sam na sam z młodziutkim Victorem Valdesem (po meczu tłumaczył, że chciał strzelić z "fałsza", ale nie wyszło), a dobitka Kucharskiego do pustej bramki przeszła nad poprzeczką. Szkoda, bo być może powtórka słynnego remisu Legii na Camp Nou w 1989 stałaby się faktem. A tak skończyło się na 3:0, bo podłamaną Legię pogrążył Juan Roman Riquelme. Z tego meczu zapamiętam jeszcze słynny błąd merytoryczny Dariusza Szpakowskiego, który przez cały mecz zachwalał Victora Valdesa deklamując, iż ten mimo młodego wieku zagrał już w 34 spotkaniach "Blaugrany". Zapominał jednak dodać, że Valdes wszystkie te spotkania zagrał... w zespole rezerw.


SEZON 2003/2004: Anderlecht Bruksela - Wisła Kraków (3:1 i 1:0)

Po świetnym występie Wisła w Pucharze UEFA w sezonie 2002/03 robiliśmy sobie nadzieję na awans do Ligi Mistrzów. Skoro potrafiło się pokonać Parmę i Schalke, to Anderlecht nie powinien stanowić jakiegoś szczególnego wyzwania. A jednak. Dziur po odejściu kilku zawodników (zwłaszcza Kamila Kosowskiego) nie udało się załatać. W pierwszym meczu w Brukseli przegraliśmy 3:1, co i tak należy uznać za najmniejszy wymiar karny. Nieczęsto widziałem, by polski zespół przeżywał w europejskich pucharach aż tak wielkie oblężenie ze strony przeciwnika. Aruna Dindane mógł nam wpakować minimum pięć goli, na szczęście tego dnia miał wyjątkowo zwichrowany celownik. Jednak w rewanżu w Krakowie to właśnie on rozstrzygnął losy awansu, ośmieszając Mariusza Jopa i strzelając jedynego gola meczu. Wisła zagrała lepiej, ale stworzyła zbyt mało sytuacji i nie potrafiła pokonać Daniela Zitki.


SEZON 2004/2005: Wisła Kraków - Real Madryt (0:2 i 1:3)

Mecze bez historii. Gościć naszpikowany gwiazdami Real to było coś, ale kibice wolą jednak awans niż porażkę z honorem. "Królewscy" wypunktowali "Białą Gwiazdę" jak wytrawny bokser, decydujący cios przyszedł w pierwszym meczu nagle i niespodziewanie.


SEZON 2005/2006: Wisła Kraków - Panathinaikos Ateny (3:1 i 1:4 p.d)

Po raz pierwszy w XXI wieku polski zespół przystępował do rewanżowego meczu w III rundzie eliminacji do LM z zaliczką bramkową. I to pokaźną. Niestety, niewykorzystane sytuacje Marka Zieńczuka w rewanżowym meczu Atenach zemściły się i Wisła w przeciągu paru minut straciła dwa gole. Mimo to po fantastycznym golu Sobolewskiego Wisła była o krok od awansu. Niestety, tu do akcji wkroczył angielski sędzia... Mike Riley, który nie uznał bramki na 2:2 Penksy, a przez całą dogrywkę sędziował pod "Koniczynki", za co piłkarze z Grecji dobrodusznie klepali go po plecach. Prawda jest jednak taka, że nie ma co całości winy zganiać na sędziego. Wisła mogła rozstrzygnąć losy awansu przez pierwsze 60 minut, kiedy to zdecydowanie przeważała. Był to koniec wielkiej drużyny, która dzieliła i rządziła w Polsce. Szczególnie zapadły mi słowa sfrustrowanego Tomasza Frankowskiego, który powiedział, że nie będzie jeździł po jakichś dziurach typu Wodzisław i ucieka gdziekolwiek za granicę. Był to także koniec wielkości warsztatu trenerskiego Jerzego Engela, któremu zabrakło paru minut do przełamania kolejnej po awansie do Mundialu mocnej bariery.

SEZON 2006/2007: Szachtar Donieck - Legia Warszawa (1:0 i 3:2)

W pierwszym meczu w Doniecku Legia zagrała bojaźliwie, bez wiary w zwycięstwo. Mogła przegrać spokojnie z 3:0, a przegrała tylko 1:0, tracąc gola - o ironio! - po kontrowersyjnym rzucie karnym. W rewanżu trener Dariusz W. postawił wszystko na jedną kartę, wystawiając od początku aż trzech napastników: Eltona, Gottwalda i Włodarczyka. Ten ostatni doprowadził do odrobienia strat z Doniecka. Na nic się to jednak nie zdało: nieprzyzwyczajeni do tak ofensywnego ustawienia legioniści zaczęli popełniać proste błędy w środku pola, co skrzętnie wykorzystali koledzy Mariusza Lewandowskiego. Do przerwy było już - niestety - "pozamiatane".


SEZON 2007/2008: Zagłębia Lubin - Steaua Bukareszt 0:1 i 1:2

Rumunów można było wyeliminować, bo za czasów trenera Hagiego grali najgorzej od lat. Niestety, w Lubinie podopieczni trenera Michniewicza zagrali jeszcze bardziej wystraszeni niż rok wcześniej Legia w Doniecku. Piłkarzy przerosła stawka tego pojedynku, a może po prostu zabrakło motywacji, której trener Michniewicz - jak sam przyznał przed meczem - nie zaaplikował piłkarzom. W rewanżu było już dużo lepiej. Zagłębie nie grało już "diamentem", co przyniosło efekty - gol Stasiaka wlał w nasze serca nadzieję. Niestety, dość szczęśliwie i co gorsza szybko wyrównał Nicolita. Mimo to po przerwie Zagłębie miało swoje szanse, zabrakło jednak nieco szczęścia. Szkoda, bo w trzeciej rundzie na Zagłębie czekało białoruskie BATE Borysow.

piątek, 04 lipca 2008
Naprzód Betlejem i Płotki Jerozolima

Dawno, dawno temu, w czasach gdy na podwórku ganiałem z kolegami za piłką, szczególnie modne było wymyślanie nazw dla swojej drużyny. A już zwłaszcza, gdy ktoś z dorosłych zorganizował turniej podwórkowy - wtedy nazwa była wręcz obowiązkowa! Nie wszyscy szli na łatwiznę, więc obok "Manchesterów", "Liverpoolów" i "Barcelon" prym wiodły nazwy wyimaginowane, a przy tym niezwykle zabawne. Obok klasyku "W pogoni za chlebem" hitem były tytułowe "Naprzód Betlejem" i "Płotki Jerozolima"...

Pomyślicie pewnie, dlaczego piszę na początku o takich trywialnych rzeczach? Zwariował, czy co? Otóż, powyższy lead ma rzecz jasna związek z wylosowaniem przez Wisłę Kraków w drugiej rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów Beitara Jerozolima. Wyssane z palca nazwy klubów izraelskich miały podczas podwórkowych zmagań bardzo prześmiewczy charakter, co w sumie nie powinno dziwić, gdyż futbol nad Morzem Czerwonym nigdy wcześniej nie był najwyższej próby. Jednak po sukcesach Maccabi Haifa przed sześcioma laty (pierwszy klub z Izraela w fazie grupowej Ligi Mistrzów), a także przy obecnych aspiracjach najbliższego przeciwnika "Białej Gwiazdy", głosy politowania i drwiny należy odłożyć na bok. Jest niestety wielce prawdopodobne, że po raz drugi z rzędu polski klub nie przejdzie nawet drugiej rundy eliminacji. Choć tak de facto ubiegłoroczny dwumecz Zagłębia ze Steauą można potraktować jako rundę decydującą (mimo całego szacunku dla białoruskiego BATE Borysow, które dzielnie stawiło czoła Rumunom w trzeciej rundzie).

Wisła bez klasowych wzmocnień nie ma czego szukać w europejskich pucharach. Wprawdzie dzisiaj gruchnęła bomba, jakoby pod Wawel miał zawitać sam Mohammed Kallon, ale ja jakoś tym rewelacjom nie daję wiary. Skoro nie wyszło ze Smicerem i Krzynówkiem, to czemu miałoby wyjść z Kallonem? Zatrudnienie Damiana Lanzy jako bramkarza to też chyba niezbyt dobry pomysł. Ekwadorscy bramkarze bardziej wyróżniają się malowaniem na policzkach barw narodowych (vide: Mora) niż umiejętnościami czysto piłkarskimi. Zresztą już sam fakt, że Lanza był zaledwie trzecim bramkarzem w przeciętnej Genui, dobitnie działa na jego niekorzyść.Jeśli rezerwowy bramkarz Lyonu Angelo Hugues wpuścił za czasów gry w Krakowie kilka spektakularnych "baboli", to czego mam oczekiwać po Lanzie? Raczej nie ma on najmniejszych szans na wygryzienie z bramki Mariusza Pawełka.

Wisła potrzebuje przynajmniej po jednym nowym graczu w każdej formacji, a zwłaszcza w pomocy. Nie liczę na Zieńczuka, który po pamiętnym występie w Atenach jest już raczej w europejskich pucharach "spalony". Jednak tego typu dywagacje nie mają chyba sensu, skoro dyrektor Jacek Bednarz bezradnie rozkłada ręce, mówiąc, że kiesa jest pusta. W takiej sytuacji nie dziwi mnie już nawet absurdalne zakopanie topora wojennego w sprawie Tomasza Dawidowskiego. Byłby to istny "cud nad Wisłą", gdyby po tylu latach "bujania się" zaczął on trafiać regularnie do bramki, lub przynajmniej prezentować się jak za czasów gry we Wronkach.

Nie robię sobie zatem specjalnych nadziei po występie Wisły. Podopieczni Macieja Skorży muszą pamiętać o jednym: nawet korzystny wynik, włącznie ze zdobyciem jerozolimskiej twierdzy, nie zagwarantuje im pewności awansu. Dla zespołów pokroju Beitara nie sprawia specjalnie różnicy to, gdzie grają - u siebie, czy na wyjeździe. Zatem: Naprzód, Kraków!

PS. Z czasów gry Maccabi w Champions League najbardziej utkwił mi w pamięci charyzmatyczny rozgrywający z Litwy - Raimondas Žutautas. Nie ukrywam, że patrzyłem na jego grę z neskrywanym podziwem. Sposób poruszania się po boisku, dogrywania piłki - aż dziw bierze, że to był zawodnik pochodzący z tak słabego piłkarsko kraju. Zresztą, niech reklamą gry Zutautasa będzie ten oto gol strzelony Manchesterowi United:




Raimondas Zutautas Goal - The funniest bloopers are right here


A tu, na stronie Maccabi, możecie sobie poczytać co nieco o Zutautasie. Oczywiście jeśli znacie hebrajski. Ja w każdym razie wszystko zrozumiałem ;)


wtorek, 11 grudnia 2007
Jeździec znalazł głowę, czyli... metamorfoza Marka Zieńczuka.
Jeszcze 14 miesięcy temu pisałem tak:

"JEŹDZIEC BEZ GŁOWY" - MAREK ZIEŃCZUK
"Piłkarz Wisły Kraków to typowy symbol indolencji strzeleckiej. W każdym niemalże meczu ma po kilka wybornych sytuacji bramkowych, a jak którąś z nich wykorzysta, to można powiedzieć o "święcie lasu". Wprawdzie głównym zadaniem pomocnika Zieńczuka jest obsłużenie napastników podaniami ze skrzydła, ale skoro z taką łatwością dochodzi się do pozycji strzeleckich, to chyba wypadałoby je wykorzystać? Krew mnie zalewała podczas meczu Panathinaikos - Wisła w Atenach, gdy gracz "Białej Gwiazdy" mógł w pojedynkę rozstrzygnąć kwestię awansu krakowian do LM..."

A teraz tak:





Moim skromnym zdaniem, Marek Zieńczuk to najlepszy piłkarz rundy jesiennej Orange Ekstraklasy. Dwanaście bramek w siedemnastu spotkaniach musi robić na rywalach wrażenie. Tym bardziej, że w poprzednim sezonie wychowanek Polonii Lechii Gdańsk nie trafił do siatki ani razu! Wcześniej też nie było lepiej, bo Zieńczuk grzesząc nieskutecznością, porównywalną do poczynań Piotra Włodarczyka, strzelał maksymalnie 8 goli na sezon. Tej jesieni łatwość dochodzenia i wypracowywania sobie stuprocentowych okazji (na co wpływ miała z pewnością świetna postawa kolegów z Wisły Kraków) wreszcie poszła w parze z ich bezwzględnym wykorzystywaniem. Pomocnikowi Wisły wychodziło niemalże wszystko, choć wątpię, czy życiową formę byłby w stanie przenieść na pole reprezentacyjne. Mecz z Węgrami dał w tej materii odpowiedź raczej przeczącą.

W każdym razie, życzę Markowi Zieńczukowi jeszcze większej wiary we własne możliwości. Dość tej pruderii Panie Marku! Korona króla strzelców zdobyta przez pomocnika to byłoby coś. Tym bardziej, że winy z Aten zostały już odkupione.


W świecie wirtualnym Marek Zieńczuk też potrafi porządnie "lutnąć":





 
1 , 2
Mój obrazek=P
Blogi Sportowe Najlepsze Blogi page rank